Archiwum dlastyczeń, 2007

Przemądrzałosć smarkacza.

Dzień. Dodatnia temperatura. Gdzieniegdzie jakiś śnieg, który nie rozmókł. Nieopodal stanęło kilku postawnych młodych ludzi. Niczym Platon… dobrze zbudowanych. Konwersujących dość donośnymi głosami. Radosnych, roześmianych. Pełnych życia i zapału. Kiedy nagle… Jak w nich cos nie wstąpi… jak nie zaczną zaprzeczać temu, co przed chwilą tak kunsztownie udowadniali. Bo oto u ich stóp leży śnieg! Dostrzegli go. Można by to uznać za fenomen, gdyż jak dotąd swoje oczy zawsze kierowali ku górze, w kierunku rzeczy wielkich. No, może z małymi wyjątkami. Kilka razy dziennie zmieniają przecież skarpetki. Biorą więc w swe nienaganne ręce ów biały puch i niczym najbardziej elitarny z elitarnych oddziałów Waffen SS, wystrzelają białą salwę na cześć wodza w czeluść błękitnego nieba.
Jednakowoż nie trzeba być ekspertem od balistyki, żeby przewidzieć, iż wystrzelony pocisk musi gdzieś spaść lub w coś trafić. Tym razem żaden w nic nie trafił. Kule zmieszały się z podłożem. Istotnym jest, że miały one trafić w przechodniów. Ciągnący za spusty, łudząco przypominające umięśnione ramiona, zawtórowali następną salwą. Tym razem bez pocisków. Rozległo się donośne „uuuuuuuuuuuuuuu” i śmiech. Zbliżyłem się. Jeden z nich – ku mojemu zdziwieniu – drobny człowiek o posturze nie wzbudzającej większego zainteresowania wystąpił przed szereg. Na twarzy malowała mu się mieszanina poczucia dumy i zadowolenia z siebie. Widać, że czuł się bezpiecznie mając za sobą gotowych powtarzać w nieskończoność bohaterskie czyny kompanów. Ogarniała go euforia, dlatego, że mógł w ich imieniu zabrać głos. Zrobił to. Niby się udało. Ale czy mimo braw nie ostał się jakiś fragment dawnej niepewności? Czy wykorzystał swoja szansę w pełni? O odpowiedź na te pytania zapytajcie jego psychoterapeutę. Koniec.

I jeszcze nawiązanie spoza treści. Młodzież w pewnym wieku powinna chyba mieć już wyrobione zasady jak należy się zachowywać w miejscach publicznych. A u nas – o zgrozo – można dostrzec obrazki, w których osiemnastolatki z dobrych domów (jak to się ładnie nazywa) zachowują się jak ośmiolatki z miejsc gdzie zasady savoir – vivre’ u są traktowane, delikatnie mówiąc, po macoszemu. Jeśli tacy ludzie mają tworzyć w przyszłości polska inteligencję, to ja emigruję. Najlepiej do Kanady.
End.

Powierzchowność metafory, czyli tytuł nie związany ściśle z notką.

„Na źyću tśeba śe znać”. Szczepan, mąż Irenki, tak mówi. Mimo, że się nie zna za dobrze. Pozory, pozory, pozory… Stwarzają je ci, co na życiu się znać raczej powinni. Mierzą w końcu wysoko. Chcą być utożsamiani z tymi, których człowieczeństwa nie da się zmierzyć przy pomocy przeciętnego wskaźnika. Chcą być jak ten siedmiokilowy dzieciak, który zanim się urodził, przeskoczył skalę wagi dla noworodków. I tak dalej. Na górze jest fajnie. W środku mniej. Bo w środku siedzi to, co czasem wychodzi w afekcie. No, może za dużo powiedziane. Wychodzi w konfrontacji ze zdrowym podejściem innych. Można odczuć rażący brak zdolności współodczuwania. Przerost pustego patosu nad górnolotną prostotą. Można stracić obiektywne poczucie wiary w ludzi. Fin.
Politycy maja tak, że na forum sejmowym wymieniają poglądy, kłócą się, bluzgają na siebie albo się biją. W kuluarach natomiast zachowują się jak starzy przyjaciele z boiska. Piją razem kawę, herbatę albo spirytus, poklepują się po plecach, dowcipkują i tak dalej. Nie tylko oni.
Albo jestem zbyt ograniczony, żeby zrozumieć relacje panujące między ludźmi, albo na tyle światły, że to co do dupy umiem odrzucić.

No i jeszcze trzymam kciuki,  żeby to co się chwieje nie umarło. Nie wiem jak bym to przeżył.

Człowiek który przeżył Auschwitz powiedział: „są ludzie źli i dobrzy, ale dobrych jest więcej”.
Idę oglądać Yattamana.

Niewywiązanie sie z nie danej obietnicy, czyli początek roku 2007

Może to trochę bezduszne, ale widok czegoś co podskakuje jak kopnięta w dupę gęś mnie śmieszy. To tak na początek. Nie chce mi się kontynuować opisywania ubiegłego roku.

W oczach niektórych ostatnimi czasy urosłem do rozmiarów porządnego, rozsądnego człowieka. Paradoksalnie, żeby do tego doszło, musiałem się zniżyć do poziomu niższego niż prezentują kopane w tyłek gęsi. Musiałem? Zrobiłem to z poczucia lokalnego patriotyzmu. I zażenowania.

Wszędobylska senność i cos w rodzaju apatii. Wszędzie za mną łażą. I najgorsze, że nie umiem ich zgubić. Nie przychodzi mi nawet do głowy nic, do czego mógłbym to wykorzystać.

Chcesz umrzeć – zaufaj! Powierz komuś tajemnicę, wyświadcz przysługę, wyciągnij z tarapatów. Wielkie czyny, rzeczywiście. Tylko po co? Jak to się dzieje, że bohaterzy Wojny Trojańskiej są czczeni do dziś, a bohaterów dnia codziennego się nie zauważa? Dość.
A teraz plan sześcioletni do wykonania w ciągu najbliższego półrocza: fizyka – 3, chemia – 3, matematyka – 3, biologia – 5, języki – co najmniej 3, polski i historia – 5. Reszta może zostać.


Turnau wciąż śpiewa. O „Kawiarence Sułtan” na przykład.
Poza nim Hardrocket i Mozart.
No i trochę punka i rocka z Seattle.

Historia roku 2006 – część I (bez gwarancji następnych)

Czy ja wiem, czy chce mi się podsumowywać ten rok? Tak w ogóle to nawet nie znam dobrze jego chronologii… Ale próbując, zacznę od końca, czyli od wczoraj i dzisiaj. No bo wczoraj miałem jeszcze 17 lat, a dzisiaj jestem tak jakby już pełnoletni. Reszta rytuału dopełni się w nocy z 12 na 13 maja, kiedy to w moim mózgu nastąpi nagłe przegrupowanie szarych komórek i mój system wartości zmieni się na dorosły. To dopiero będzie… zasnę jako dzieciak a obudzę się jako dorosły. Powstaje teraz pytanie, czy fajnie jest być dorosłym… Kto inny wymyśla przecież takie brednie? No może dzieciaki w zerówce, jednakże da się to usprawiedliwić wybujałością wyobraźni i niewiedzą.

(koniec bajki i bomba

kto nie wyczuł ironii

ten trąba)

I dziękuję WAM!

CD(P)N…