Dzień. Dodatnia temperatura. Gdzieniegdzie jakiś śnieg, który nie rozmókł. Nieopodal stanęło kilku postawnych młodych ludzi. Niczym Platon… dobrze zbudowanych. Konwersujących dość donośnymi głosami. Radosnych, roześmianych. Pełnych życia i zapału. Kiedy nagle… Jak w nich cos nie wstąpi… jak nie zaczną zaprzeczać temu, co przed chwilą tak kunsztownie udowadniali. Bo oto u ich stóp leży śnieg! Dostrzegli go. Można by to uznać za fenomen, gdyż jak dotąd swoje oczy zawsze kierowali ku górze, w kierunku rzeczy wielkich. No, może z małymi wyjątkami. Kilka razy dziennie zmieniają przecież skarpetki. Biorą więc w swe nienaganne ręce ów biały puch i niczym najbardziej elitarny z elitarnych oddziałów Waffen SS, wystrzelają białą salwę na cześć wodza w czeluść błękitnego nieba.
Jednakowoż nie trzeba być ekspertem od balistyki, żeby przewidzieć, iż wystrzelony pocisk musi gdzieś spaść lub w coś trafić. Tym razem żaden w nic nie trafił. Kule zmieszały się z podłożem. Istotnym jest, że miały one trafić w przechodniów. Ciągnący za spusty, łudząco przypominające umięśnione ramiona, zawtórowali następną salwą. Tym razem bez pocisków. Rozległo się donośne „uuuuuuuuuuuuuuu” i śmiech. Zbliżyłem się. Jeden z nich – ku mojemu zdziwieniu – drobny człowiek o posturze nie wzbudzającej większego zainteresowania wystąpił przed szereg. Na twarzy malowała mu się mieszanina poczucia dumy i zadowolenia z siebie. Widać, że czuł się bezpiecznie mając za sobą gotowych powtarzać w nieskończoność bohaterskie czyny kompanów. Ogarniała go euforia, dlatego, że mógł w ich imieniu zabrać głos. Zrobił to. Niby się udało. Ale czy mimo braw nie ostał się jakiś fragment dawnej niepewności? Czy wykorzystał swoja szansę w pełni? O odpowiedź na te pytania zapytajcie jego psychoterapeutę. Koniec.
I jeszcze nawiązanie spoza treści. Młodzież w pewnym wieku powinna chyba mieć już wyrobione zasady jak należy się zachowywać w miejscach publicznych. A u nas – o zgrozo – można dostrzec obrazki, w których osiemnastolatki z dobrych domów (jak to się ładnie nazywa) zachowują się jak ośmiolatki z miejsc gdzie zasady savoir – vivre’ u są traktowane, delikatnie mówiąc, po macoszemu. Jeśli tacy ludzie mają tworzyć w przyszłości polska inteligencję, to ja emigruję. Najlepiej do Kanady.
End.