Archiwum dlaluty, 2007

Jak niżej.

Większość ludzi pewnie czasem czuje w mózgach objawy zmian. Wtedy może się zatrzymują i zastanawiają co zrobić z tym co przyszło. Jakaś część z nich widzi też królika uciekającego na tyle szybko, żeby przekonać ich o tym, że nie są w stanie go dogonić. Są rozdarci.
I co teraz począć?
Nie chcę być jednym z tych, którzy się wystraszyli.

Bredzenia ciąg dalszy.

Był sobie raz mały, niepozorny skrzat. Miał na imię Nos. Mieszkał w parku zwanym Onet. Chadzał niekiedy w okolice fontanny, do której zabobonni ludzie wrzucali monety o niskich nominałach licząc w zamian na uśmiech losu. Tacy stanowili większość. Pozostali tylko dumali nad dziwną mocą fontanny, która przyciąga do siebie tyle duszyczek i jeszcze wyciąga od nich monety. Przechodzili więc obok bez słowa, niektórzy z pobłażliwym uśmiechem na twarzy.
Nasz skrzat był nie byle jakim stworzeniem. Miał jakąś niezwykłą przypadłość. Polegała ona na tym, że kiedy się na kogoś zezłościł, tamten od razu tracił większość przyjaciół. Ludzie, którzy spotykali go spacerującego po parku i mniej lub bardziej zdziwieni byli jego wyglądem, nie mieli pojęcia o jego dziwnych umiejętnościach.
Jakaś mała dziewczynka w sukience w groszki i z wiatraczkiem z odpustu w ręku zagadnęła naszego skrzata. Rozmawiali długo dzieląc się wrażeniami z bycia dziewczynką w sukience w groszki oraz z bycia skrzatem. W końcu się zaprzyjaźnili. Dla skrzata nie było to jednak nic nowego, ponieważ miał już sporo przyjaciół. Nos, jak na dobrego kumpla przystało, ostrzegał dziewczynkę przed tym co może się stać kiedy ta go rozzłości. Ona jednak uspokajała go mówiąc, że nigdy nic takiego się nie zdarzy, bo przecież są przyjaciółmi. Dziewczynka poznała resztę zaprzyjaźnionych z Nosem dzieci. Wszyscy stanowili zgraną paczkę. Nie mieli też nic przeciwko, żeby ich grono się powiększyło.
Ogólnie mówiąc sielanka. Mijały tak sobie dni. Dni wypełnione beztroską zabawą, wzajemną życzliwością i wszystkim tym czym przyjaciele mogą siebie nawzajem darzyć. Dziewczynka w sukience w groszki wpadła jednego razu na pomysł, żeby sprawić sobie tipsy. Udała się więc do salonu kosmetycznego gdzie spełniła swoje marzenie. Była już w połowie drogi powrotnej, kiedy zorientowała się, że zaraz rozpocznie się pora podwieczorku. Przyspieszyła więc kroku. Przyjaciele przecież będą się o nią martwić. Wkrótce dotarła na miejsce. Wszyscy siedzieli już na swoich miejscach i zajadali budyń. Zbliżywszy się do miejsca gdzie zwykle spożywała podwieczorki spostrzegła, że jej półmisek jest pusty. Jako że Nos stał w pobliżu, stał się głównym podejrzanym w sprawie. W afekcie dziewczynka upuściła wiatraczek i zamachnęła się ręką wyposażoną w błyszczące tipsy. Wytrąciła w ten sposób swojemu przyjacielowi półmisek z resztką budyniu i zadrapała mu przedramię. Nos, jak i reszta towarzystwa, był w szoku. Po kilku sekundach zmarszczył brwi i ze złością krzyknął, że to nie on zjadł jej budyń. Dodał, że z powodu spóźnienia jej półmisek nie został w ogóle napełniony. Przedramię krwawiło. Skrzat był oburzony i zły. W tym momencie Dziewczynka straciła przyjaciół. Musiała sobie pójść i szukać szczęścia gdzie indziej.
Morał: nie zadzieraj nosa (a szczególnie tipsem) bo będzie z tobą źle.


Arcygłupie. Ale koncepcja wydała mi się godna opisania.

Brednie kontrolowane

Dlaczego co raz częściej odnoszę wrażenie, że polska inteligencja jest głupia? Tutaj kryminalista po zawodówce dostaje doktorat. Tam trzeba magistrowi wytłumaczyć różnicę pomiędzy „ok.” a „anuluj”. Jeszcze gdzie indziej powiedzą, że w Polsce nie było komunizmu.
Jednego jestem pewien. Chcę stąd zwiać.

Chciałem napisać o tym, że ludzie nie są warci Świata a świat Ludzi, ale zagmatwałem się we własnych wywodach. Może innym razem.

Na nic ambitniejszego mnie dziś nie stać.

Dobrej nocy.

Pesymizmu nałogowego umiarkowanie.

Czasem mam ochotę być baranem. Ale nie tylko takim z określenia. Bo barany mają się fajnie. Skupiają się tylko na wydawaniu tych samych dźwięków, skubaniu trawy i rozmnażaniu się. Jednym słowem beztroska i spełnianie naturalnej powinności. Nie są świadome niczego, co może na nie czyhać. Mają wełnę, to dają. Bo ktoś tej wełny potrzebuje.
Mysys Noga mówi, że dzisiejszy młody Europejczyk powinien znać dobrze dwa języki obce. Kto chce, niech sobie zna. Wszystko fajnie, tylko, jak ktoś trafnie stwierdził, do ścisłego grona tych szpanerskich języków, niemiecki się nie nadaje. Według mnie jest brzydki, i twardy.
Ja tam uważam, że ten cały wyścig szczurów jest do dupy. I najgorsze jest to, że nawet ci, którzy wdrapują się na skarpę ograniczającą tor, w większości z niej spadną. No i dołączą do zawodów. Do tego musieć będą odrobić straty wynikające ze spóźnienia. I zanim się dobrze rozpędzą będą co chwilę potrącani przez dublujących ich kompanów. To z kolei wywoła frustrację tych pierwszych oraz irytacje tych drugich. A na końcu co? Na podium są przecież tylko trzy miejsca. Nie wszystkich będzie satysfakcjonowała nagroda pocieszenia. Więc znów powód do płaczu. Pół biedy, gdyby była możliwość ponownego startu. Wtedy można by wyciągnąć wnioski z porażki i dokopać innym. Ale niestety, życie jest tylko jedno. Samo dobro, jak widać.
Życie jest niestety tylko jedno. Tylko czy aż?
Banał. Ale jaki wkurwiający…


Matyldzia.

PS: Ten maluch na zdjęciu, które prawdopodobnie gdzieś tu się pojawiło, to Matylda. Na tym zdjęciu jeszcze nie widać, ale zaczynają jej wychodzić zęby. Fajnie się ma będąc na tym etapie. No a ja mam się fajnie, bo jestem jej wujkiem i ojcem poniekąd.