Pozwólcie, że zacytuję Pana Sikorę, członka nieistniejącego już kabaretu „Potem”:
Mówi się, że prawdziwa sztuka obroni się sama… ale nie przede mną!
Gdyby wyrzucić z tej sentencji wszelki humor oraz dystans i potraktować ją dosłownie, to niektórzy mogliby otwarcie, bez cienia obłudy powiedzieć, że sztukę niszczą. Dla ścisłości, nie jestem żadnym wykwalifikowanym znawcą i autorytetem w tej dziedzinie. Jednak podstawy edukacji muzycznej i jakaś tam wrażliwość pozwalają mi wziąć odpowiedzialność za to co mówię. Muzyka – nota bene wg mnie najpiękniejsza ze sztuk – to nie tylko dźwięki wydobywające się z instrumentów w jakiś tam określony sposób. Jeżeli jakiś muzyk kładzie nacisk jedynie na ten aspekt, to jest rzemieślnikiem. I to nie takim, którego można porównać do jubilera kunsztownie wyrabiającego biżuterię, ale do kowala, który wali młotem o podkowę. Dlatego, kiedy w przygotowaniach do czegokolwiek muzycznego (trochę drobiazgów w tej dziedzinie już zrobiłem) słyszę tekst „nie graj tak, bo tak nie jest w nutach” to trochę chce mi się płakać i śmiać jednocześnie. Zgadzam się. Nie zawsze gram tak jak jest w nutach, ale raczej nigdy nie schodzę z tematu i nie burzę harmonii. A nuty, z którymi w takich sytuacjach miałem przyjemność się spotykać są chyba pisane dla uczestników Oaz, którzy znają dwa akordy na gitarze. Tak więc, prócz techniki w muzyce – i nie tylko –potrzebna jest jeszcze dusza. Ale ale. Nie przesadzajmy teraz w drugą stronę. Ci wszyscy pseudoartyści, którzy mówią, że TO czują i dają temu świadectwo przez lansowanie na scenie swojego szokującego i „oryginalnego” wizerunku są pożałowania godni. Ok., nietypowe zachowanie, strój, scenografia i tak dalej mogą się przydać przy tworzeniu, ale niech nie stają się istotą. Albo inny typ. Dwunastoletni sataniści bez mutacji, z większymi od siebie gitarami, „growlujący” okultystyczne teksty. Nie powiem, że lubię muzykę osadzoną w tych klimatach, ale jeśli już coś się robi, to niech to coś nie wywołuje odruchu uniesienia brwi. Dzieciaki, które popełniają coś takiego, myślę, że powinny się trochę poduczyć i spróbować swoich sił będąc kapkę starszymi. Oczywiście można powiedzieć, że Chopin zaczynał mając 4 lata. Albo o Witkacym, który od dzieciństwa do kwiatu wieku tworzył wartościowe dzieła. Niestety – jak w reklamie – cuda się zdarzają, ale nie warto na nie liczyć. I teraz przypominają mi się pierwsze lata ogniska muzycznego, kiedy słyszałem opowieści o nadgorliwych rodzicach, którzy chcąc, żeby ich dzidziuś na wzór Chopina wielkim pianistą był, wymuszali na dyrekcji złamanie zasad regulaminu i przyjęcie brzdąca. Jak się później okazywało, te genialne dzieci nie miały ani słuchu, ani poczucia rytmu, a mimo to otrzymywały świadectwa ukończenia kolejnych klas. Pewnie pomyśleliście, że strzeliłem sobie w kolano pisząc to. Otóż tam też obowiązuje sześciostopniowy system oceniania. A ja z gry na instrumencie poniżej 5 nigdy nie zszedłem.
Sorry, że tak poskakałem po wątkach.
Konkluzja. Dobry muzyk powinien cechować się wiedzą teoretyczną i praktyczną w tej dziedzinie, a ponadto musi umieć włożyć serce w to co robi. Nie wchodź więc człowieku na scenę z Bachem, kiedy możesz zostać posądzony o brak zrozumienia go. Nie pokazuj się także z improwizacją, kiedy nie znasz odpowiednich schematów i nie jesteś dość obyty.
PS: powymądrzałem się jak nigdy. Głupio mi z tym, ale musiałem. Co wy o tym myślicie?
Dziękuję