Archiwum dlastyczeń, 2009

Trochę o tym, co można zrobić w rok z prawem jazdy.

Dlaczego nie zrobić też od razu prawka kategorii A? Otóż dlatego, że jest to zbędny wydatek. Żaden motocykl nie jest praktyczny. Prawie żaden motocykl nie jest ładny. W motocyklu nie możesz się zamknąć z panienką na miłe sam na sam, bo ten nie ma tylnej kanapy. I tak dalej i tak dalej. Ponadto wielce nierozsądnym jest rozpędzanie się do prędkości chociażby 150 km/h na czymś co nie potrafi samo stać. Nie jest też miłe zdzieranie czyichś jelit ze swojej szyby z powodu plamy ropy na asfalcie. Ktoś mógłby powiedzieć, że można wszystko znieść dla wspaniałego przyspieszenia i możności obcowania z tym, od czego w samochodzie oddziela człowieka karoseria. Jednak nic to nie da, bo na motocyklu i tak jeździ się w kasku (jeśli ktoś robi inaczej, to nie warto się nim zajmować), więc nici z wiatru we włosach. Przyspieszenie – owszem – może dostarczyć wrażeń. Z tym, że jeśli postawi się je koło rozbryzganego mózgu pod czyjąś oponą, to z pewnością nie da już takiej radości.
Koniec. Schodzimy na ziemię.

W ubiegłe wakacje dane mi było użytkować pewien niebanalny samochód. Było to praktycznie dwuosobowe, zgrabne, włoskie, retro coupe z napędem na tylną oś, z silnikiem z tyłu, bez żadnych sztucznych wspomagaczy typu ABS czy ESP, bez bagażnika oraz nie do jeżdżenia. Osiągi również potrafiły zaskoczyć. Spełniało więc większość warunków, jakie musi spełnić samochód, by według rozumowania Jeremiego Clarksona stać się supersamochodem. Tak. Chodzi mi o Fiata 126, w Polsce nazywanego również Maluchem.
Myślę, że nie bez powodu mówi się młodym kierowcom: „jeśli nauczysz się jeździć Maluchem, będziesz umiał wszystkim.” Tak rzeczywiście jest. Mimo małych rozmiarów jest to bezpieczny samochód. Otóż nie rozbijesz się, bo oficjalna moc nowego egzemplarza, wynosząca 24 konie mechaniczne, nie pozwoli rozpędzić się do odpowiedniej prędkości. Inny przykład. Które samochody mają dzisiaj tylny napęd? BMW, Mercedesy i większość szmelcu z USA. Abstrahuję od pojazdów typu Lublin czy Ursus. Prawda jest taka, że nie każdy ma dostęp do dobrego auta z tylnym napędem. Takim jednak warto umieć jeździć. Jeśli traci się przyczepność w aucie z napędem na przednią oś, dodaje się gazu i czeka, aż tor jazdy się wyrówna. Nie zawsze się da, ale zdecydowanie częściej niż gdy napęd jest na tylne koła. Wpadając w poślizg czymś, co ma bezwładne przednie koła, pozostaje zdjąć nogę z gazu i modlić się, żeby za bardzo tył nie wyprzedził przodu. Jeśli nauczysz się kontrolować poślizg w takim samochodzie, możesz sobie powiedzieć, że jesteś dobry. Można to przećwiczyć w maluchu. Pod warunkiem, że jest zima bo inaczej nie ma mowy o jakimkolwiek buksowaniu kół. Sam spędziłem trochę czasu na zabawie w jeżdżenie bokiem po oblodzonym parkingu i twierdzę, że można w ten sposób nieźle się wprawić.

Uważam, że potencjał malucha zdławił komunizm. Zrobił on bowiem z samochodzika – zabawki codzienny, zwykły pojazd. Podejrzewam, że nie takie miało być jego przeznaczenie. Być może gdyby nie zepchnięto go do roli wszechstronnego rodzinnego pojazdu, mógłby dalej ewoluować w stronę sportowego coupe. Całe szczęście urodził się na nowo Fiat 500. Ale o nim kiedy indziej.

Coś z innej samochodowej beczki. Chodzi o technikę jazdy. To chyba trochę zbyt zuchwałe, ale od kiedy zrobiłem prawo jazdy, grono kierowców, z którymi nie boje się jeździć znacznie się skurczyło. Może dlatego, że potrafię teraz dostrzegać ich błędy. Nie wiem. Wiem natomiast, że za jazdę na sprzęgle powinno się karać dożywociem. Jechać na luzie z prędkością 140 km/h to tak jak schodzić po oblodzonych, stromych schodach z rękami w kieszeniach. Niby ma się do dyspozycji hamulec, ale co, kiedy będzie tak rozgrzany, że odmówi posłuszeństwa? Jak wtedy zahamować? Chyba tylko w bagażniku kogoś, kto jedzie przed nami. Taka jazda jest ponadto tak samo ekonomiczna, jak sprzedawanie węgla w słoikach. Więc rada dla jeżdżących mamusiek i dziadków: sprzęgła używamy tylko przy ruszaniu, zmianie biegów i pod koniec procesu zatrzymywania się.


Koniec na dzisiaj. Jutro pewnie się rozbiję. Jeśli tak, to wszelkie zawarte tu pouczenia uznajcie za niebyłe.

Więcej następnym razem.

Dobranoc.

Nasilenie motywu wanitatywnego.

Postanowiłem znów zacząć pisać to pieroństwo. Zacznę od wiejsko – filozoficznego wywodu na temat zdobywania mądrości.
Naturalnym jest, że z wiekiem człowiek mądrzeje. Będąc zaś mądrzejszym potrafi zdać sobie sprawę z własnego idiotyzmu. Porzuca więc mądrości, które pisał będąc głupim. I wychodzi na to, że w procesie zdobywania mądrości człowiek głupieje.

Nie spodziewajcie się zatem tekstów w stylu „wątłych muzycznych mądrości kilka”. Takie rzeczy są żenujące z każdego rozgarniętego punktu widzenia. Tyle wstępu.

Życie składa się z przypadków ze skłonnością do upadków i szukania swego szczęścia w pechu.
Wyrwana z kontekstu fraza z czołówki programu „Śmiechu warte”. Właśnie wyrywając ją z kontekstu przezabawnych welonów wkręcających się wiatrak razem z głową panny młodej da się dostrzec w niej pewne sprzeczne prawdy. Takie właśnie:

Przypadkiem właściwie poszedł jeden ignorant na pewien kierunek studiów zdawszy uprzednio przypadkiem maturę na przyzwoitym poziomie. Przypadkiem poznał tam świetnych ludzi. Przypadkiem w ogóle jakoś się odnalazł, po czym przyszedł upadek w postaci mocnego natężenia świadomości. Uświadomił sobie ów student, iż przez cały okres swojej dotychczasowej edukacji olewał rzeczy w których robieniu miał teraz stać się fachowcem. Upadły złudzenia, że jest zdolny do jakiejkolwiek samodyscypliny. Słowem zdał sobie sprawę, że ma tak silną wolę, iż ta robi z nim co chce. Ale co z szukaniem szczęścia w pechu? Nie bardzo jeszcze wiadomo. Pech jest, szczęście nie bardzo. Można założyć, że pech przerodzi się w szczęście, gdy nasz delikwent pójdzie do pracy i zarobi na swój pierwszy samochód, którym będzie mógł wozić kupione równolegle pianino elektryczne. Nie jest nieprawdopodobną możliwość podjęcia się w przyszłym roku akademickim studiowania czegoś, co będzie bliższe predyspozycjom i chęciom.


Porównując siebie – licealistę i siebie – studenta nie potrafię wskazać specjalnie rzucających się w oczy różnic. Jedną z tych, które w oczy się nie rzucają jest to, że początek liceum był o wiele bardziej burzliwy. Głupi wiek dorastania, kipiące hormony, punkowa ideologia, zupełnie nowi, ciekawi, niegimnazjalni ludzie. To wszystko w pomieszaniu z brakiem ogłady i obycia wyniesionym z gimnazjum spowodowało ciągnące się do dzisiaj za mną konsekwencje. O jednych nie chce mi się pisać tutaj, a o innych mówić zwyczajnie mi wstyd.
Początek studiów to zupełnie coś innego. Człowiek, który wyćwiczył sztukę sprawiania wrażenia. Prawie każdego, jakie sobie wymyśli. Przy tym jednak bez zakłamania. Nie zawsze też na korzyść. Taki właśnie ktoś w mojej skórze zaczyna poznawać nowych ludzi. I udaje mu się nawet ich sobie zjednać. Można by rzec, że rodzi się jakaś nic przywiązania i sympatii. Wiecie pewnie sami jak to jest. O przyjaźni mówić za wcześnie, jednak o stanie nieco ponad nią niekoniecznie. Jednak jak pisałem kiedyś dawno, o pewnych reakcjach chemicznych nie wypada według mnie pisać w takim miejscu, toteż nie dokończę wątku. W razie pytań, zapraszam na gg.
Paradoks polega na tym, że o ile w liceum, do którego byłem zmuszony chodzić, podobało mi się średnio (abstrahując od ludzi, którzy są do dzisiaj przyjaciółmi), o tyle na studiach, na których nie mam racji bytu podoba mi się bardzo, i żal mi z nich strasznie odchodzić. Trzeba dać sobie jakoś radę. I nie wolno trząść zadkiem, tylko z rozsądną zuchwałością robić to, co uważa się za słuszne.


Wiem, że to powyżej może wydawac się niespójne. Proszę jednak o wyrozumiałość. Muszę tylko od nowa się wprawić.

W następnej notce opis wrażeń z pierwszego roku posiadania uprawnień do prowadzenia pojazdów mechanicznych o masie do trzech i pół tony (nie wiem czy dobrze napisałem te regułkę).
Dobranoc.