Postanowiłem znów zacząć pisać to pieroństwo. Zacznę od wiejsko – filozoficznego wywodu na temat zdobywania mądrości.
Naturalnym jest, że z wiekiem człowiek mądrzeje. Będąc zaś mądrzejszym potrafi zdać sobie sprawę z własnego idiotyzmu. Porzuca więc mądrości, które pisał będąc głupim. I wychodzi na to, że w procesie zdobywania mądrości człowiek głupieje.
Nie spodziewajcie się zatem tekstów w stylu „wątłych muzycznych mądrości kilka”. Takie rzeczy są żenujące z każdego rozgarniętego punktu widzenia. Tyle wstępu.
Życie składa się z przypadków ze skłonnością do upadków i szukania swego szczęścia w pechu.
Wyrwana z kontekstu fraza z czołówki programu „Śmiechu warte”. Właśnie wyrywając ją z kontekstu przezabawnych welonów wkręcających się wiatrak razem z głową panny młodej da się dostrzec w niej pewne sprzeczne prawdy. Takie właśnie:
Przypadkiem właściwie poszedł jeden ignorant na pewien kierunek studiów zdawszy uprzednio przypadkiem maturę na przyzwoitym poziomie. Przypadkiem poznał tam świetnych ludzi. Przypadkiem w ogóle jakoś się odnalazł, po czym przyszedł upadek w postaci mocnego natężenia świadomości. Uświadomił sobie ów student, iż przez cały okres swojej dotychczasowej edukacji olewał rzeczy w których robieniu miał teraz stać się fachowcem. Upadły złudzenia, że jest zdolny do jakiejkolwiek samodyscypliny. Słowem zdał sobie sprawę, że ma tak silną wolę, iż ta robi z nim co chce. Ale co z szukaniem szczęścia w pechu? Nie bardzo jeszcze wiadomo. Pech jest, szczęście nie bardzo. Można założyć, że pech przerodzi się w szczęście, gdy nasz delikwent pójdzie do pracy i zarobi na swój pierwszy samochód, którym będzie mógł wozić kupione równolegle pianino elektryczne. Nie jest nieprawdopodobną możliwość podjęcia się w przyszłym roku akademickim studiowania czegoś, co będzie bliższe predyspozycjom i chęciom.
Porównując siebie – licealistę i siebie – studenta nie potrafię wskazać specjalnie rzucających się w oczy różnic. Jedną z tych, które w oczy się nie rzucają jest to, że początek liceum był o wiele bardziej burzliwy. Głupi wiek dorastania, kipiące hormony, punkowa ideologia, zupełnie nowi, ciekawi, niegimnazjalni ludzie. To wszystko w pomieszaniu z brakiem ogłady i obycia wyniesionym z gimnazjum spowodowało ciągnące się do dzisiaj za mną konsekwencje. O jednych nie chce mi się pisać tutaj, a o innych mówić zwyczajnie mi wstyd.
Początek studiów to zupełnie coś innego. Człowiek, który wyćwiczył sztukę sprawiania wrażenia. Prawie każdego, jakie sobie wymyśli. Przy tym jednak bez zakłamania. Nie zawsze też na korzyść. Taki właśnie ktoś w mojej skórze zaczyna poznawać nowych ludzi. I udaje mu się nawet ich sobie zjednać. Można by rzec, że rodzi się jakaś nic przywiązania i sympatii. Wiecie pewnie sami jak to jest. O przyjaźni mówić za wcześnie, jednak o stanie nieco ponad nią niekoniecznie. Jednak jak pisałem kiedyś dawno, o pewnych reakcjach chemicznych nie wypada według mnie pisać w takim miejscu, toteż nie dokończę wątku. W razie pytań, zapraszam na gg.
Paradoks polega na tym, że o ile w liceum, do którego byłem zmuszony chodzić, podobało mi się średnio (abstrahując od ludzi, którzy są do dzisiaj przyjaciółmi), o tyle na studiach, na których nie mam racji bytu podoba mi się bardzo, i żal mi z nich strasznie odchodzić. Trzeba dać sobie jakoś radę. I nie wolno trząść zadkiem, tylko z rozsądną zuchwałością robić to, co uważa się za słuszne.
Wiem, że to powyżej może wydawac się niespójne. Proszę jednak o wyrozumiałość. Muszę tylko od nowa się wprawić.
W następnej notce opis wrażeń z pierwszego roku posiadania uprawnień do prowadzenia pojazdów mechanicznych o masie do trzech i pół tony (nie wiem czy dobrze napisałem te regułkę).
Dobranoc.